Długo zbierałam się do napisania tej notki. Nie wiem nawet czemu, bo przecież nikt tutaj nie zagląda. A mimo to na samą myśl o tym dostaje dreszczy.
Wszyscy mamy kompleksy - to całkiem ludzkie i nie ma się czego wstydzić. Nie istnieją ludzie idealni. Zawsze chcemy tego, czego nie mamy.
Kompleksy mają tak naprawdę dwojaką nature - mogą zarówno motywować jak i dobijać. To od nas zależy, jak będą działać na nas.
To żadna tajemnica, że każdy z nas jest inny i w zależności od tego, jak silny mamy charakter inaczej reagujemy na daną sytuację. To co jednej osoby nie ruszy inną załamie. Taka tam oczywista oczywistość. A jednak niektórym z nas zdarza się o tym zapominać. Wciąż słyszy się mruczane pod nosem komentarze "jak on to robi" "w ogóle go to nie obeszło", a może w taki właśnie sposób ktoś sobie z tym radzi?
Przez bardzo długi czas odcinałam się od uczuć wszelkiej maści - i tych dobrych i tych złych. Tak było prościej. Póki uczucia nie mają większego znaczenia twoje życie jest proste. To one wszystko komplikują. Sprawiają, że zaczynamy wątpić, denerwujemy się, wkurzamy, płaczemy, śmiejemy się. I choćbyśmy się bardzo starali nie możemy się od nich uwolnić. Jesteśmy ich więźniami.
Co sprawiło, że nieco odeszłam od tematu, ale już do niego wracam. Uczucia w gruncie rzeczy mają bardzo wiele wspólnego z kompleksami. Statystycznie szczęśliwi ludzie rzadziej się skarżą na swoje niedoskonałości. Są zbyt zajęci byciem szczęśliwymi, by w ogóle je dostrzegać, ale szczęście wcale nie jest przepisem na wyleczenie się z nich - wiem, bo próbowałam i niestety nie tędy droga.
Nie ma ludzi bez kompleksów. Wszyscy jesteś w stanie znaleźć w sobie choć jedną cechę, która wybitnie nam nie leży, i którą za wszelką cenę staramy się maskować. To dosyć ludzkie i nie ma czego się wstydzić. A przynajmniej tak starają się myśleć ludzie, których kompleksy trudno jest zamaskować. Umówmy się - są rzeczy, które można ukryć za porządnym makijażem, dobrze skrojoną sukienką czy wysokim obcasem. Ale są rzeczy, których nic nie ukryje.
Często zastanawiam się, dlaczego tak bardzo skupiamy się na swoich niedoskonałościach zamiast celebrować to, co w nas najlepsze. I o dziwo odpowiedź, na to zaskoczyła mnie tak bardzo, że niemal spadłam z krzesła. Ale postaram się wam wytłumaczyć do czego doszłam zamiast po prostu udzielić odpowiedzi.
Zastanawialiście się, skąd wzięły się u was kompleksy? Kiedy pierwszy raz zauważyliście, że coś nie współgra z całością? Ja swoje odkryłam w piątej klasie szkoły podstawowej i od tego czasu z nimi walczę, ale to do czego zmierzam nie ma nic wspólnego z czasem. Po prostu nigdy nie sądziłam, że coś jest nie tak, a potem zjawił się ktoś, kto uznał, że jednak się myliłam. I za jego przykładem poszła cała reszta. Nie powiem, że miło wspominam ten okres. Raczej ciężko wspominać miło czas, gdy niemal cała klasa obiera sobie ciebie za cel swoich żartów. Dzieci bywają niesamowicie okrutne. Rozumiecie już? Nie zauważyłam swojej niedoskonałości, póki ktoś nie wytknął mi jej palcem. Ludzie nie chodzą po ulicy i nie zaczepiają ludzi, mówiąc im, że dobrze wyglądają czy że zachwycił ich kolor włosów. Chodzi o to, że dużo łatwiej wychodzi nam krytykowanie innych niż mówienie im w czym są naprawdę dobrzy. Łatwiej kogoś obrazić niż pochwalić. To dosyć makabryczne, ale mam wrażenie, że krytykując innych sami czujemy się mniej nieidealni. Tak, jakby to coś zmieniało.
Czy to zbyt dziwne, jak na was? Wiem, że moje wytłumaczenie jest dość chaotyczne i zapewne nieskładne, ale ogólny zarys chyba jakoś przejdzie.
Skupiając się teraz na mnie, bo od samego początku taki był cel tego postu - moje kompleksy nie dają mi spokoju już od wielu lat i pewnie do śmierci będę z nimi walczyć (chyba, że ktoś jest chętny, by sfinansować mi operację plastyczną - to tylko kilka tysięcy). Ale stałam się mistrzem w robieniu uników - widzicie? Wciąż nie powiedziałam wam, z czym mam problem, a napisałam naprawdę długi post. Chodzi o to, że wcale nie jest łatwe mówienie o tym, czego w sobie nie lubimy, choć z natury uwielbiamy narzekać. Łatwiej jest to ignorować, ale mój kompleks naprawdę trudno ignorować. Kojarzycie taką bajkę Disneya "DUMBO"? Ten słonik miał naprawdę przerąbane. Jego wielkie uszy były sporym problemem, przez które wylał morze łez. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jest to jedyna bajka Disneya, której szczerze nienawidzę i już tłumaczę wam dlaczego,
Koniec z unikami.
W podstawówce przezywano mnie Dumbo z powodu moich uszu - są odstające. O ile nie przeszkadza mi to, gdy zaszywam się w domu albo otacza mnie rodzina, tak poza domem nie ujrzycie mnie w związanych włosach - a przynajmniej nie w związanych, które odsłaniają uszy. Stałam się mistrzem w modyfikowaniu fryzur tak, by zawsze ukrywały mój problem, ale faktem jest, że od piątej klasy nie związałam włosów publicznie, a minęło już...ze 12 lat? Jakoś tak.
Więc to nie jest jakaś fanaberia czy błahostka. Ta jedna rzecz rządzi moim życiem i znacznie wpływa na samoocenę.
Ale przynajmniej mogę nosić kapelusze! Hej w każdej tragedii trzeba odnajdywać coś pozytywnego. Złe rzeczy dzieją się z jakiegoś powodu.
A Wy? Jakie macie kompleksy? Jak sobie z nimi radzicie? A może z jakiś się wyleczyliście?
Piszcie koniecznie. Jestem niesamowicie ciekawa.
I obiecuję, że nigdy więcej nie będzie tak gigantycznej przerwy w pisaniu. Po prostu musiałam sobie poukładać parę spraw w głowie.
Buziaczki
Wasza Wiki x
Przez bardzo długi czas odcinałam się od uczuć wszelkiej maści - i tych dobrych i tych złych. Tak było prościej. Póki uczucia nie mają większego znaczenia twoje życie jest proste. To one wszystko komplikują. Sprawiają, że zaczynamy wątpić, denerwujemy się, wkurzamy, płaczemy, śmiejemy się. I choćbyśmy się bardzo starali nie możemy się od nich uwolnić. Jesteśmy ich więźniami.
Co sprawiło, że nieco odeszłam od tematu, ale już do niego wracam. Uczucia w gruncie rzeczy mają bardzo wiele wspólnego z kompleksami. Statystycznie szczęśliwi ludzie rzadziej się skarżą na swoje niedoskonałości. Są zbyt zajęci byciem szczęśliwymi, by w ogóle je dostrzegać, ale szczęście wcale nie jest przepisem na wyleczenie się z nich - wiem, bo próbowałam i niestety nie tędy droga.
Nie ma ludzi bez kompleksów. Wszyscy jesteś w stanie znaleźć w sobie choć jedną cechę, która wybitnie nam nie leży, i którą za wszelką cenę staramy się maskować. To dosyć ludzkie i nie ma czego się wstydzić. A przynajmniej tak starają się myśleć ludzie, których kompleksy trudno jest zamaskować. Umówmy się - są rzeczy, które można ukryć za porządnym makijażem, dobrze skrojoną sukienką czy wysokim obcasem. Ale są rzeczy, których nic nie ukryje.
Często zastanawiam się, dlaczego tak bardzo skupiamy się na swoich niedoskonałościach zamiast celebrować to, co w nas najlepsze. I o dziwo odpowiedź, na to zaskoczyła mnie tak bardzo, że niemal spadłam z krzesła. Ale postaram się wam wytłumaczyć do czego doszłam zamiast po prostu udzielić odpowiedzi.
Zastanawialiście się, skąd wzięły się u was kompleksy? Kiedy pierwszy raz zauważyliście, że coś nie współgra z całością? Ja swoje odkryłam w piątej klasie szkoły podstawowej i od tego czasu z nimi walczę, ale to do czego zmierzam nie ma nic wspólnego z czasem. Po prostu nigdy nie sądziłam, że coś jest nie tak, a potem zjawił się ktoś, kto uznał, że jednak się myliłam. I za jego przykładem poszła cała reszta. Nie powiem, że miło wspominam ten okres. Raczej ciężko wspominać miło czas, gdy niemal cała klasa obiera sobie ciebie za cel swoich żartów. Dzieci bywają niesamowicie okrutne. Rozumiecie już? Nie zauważyłam swojej niedoskonałości, póki ktoś nie wytknął mi jej palcem. Ludzie nie chodzą po ulicy i nie zaczepiają ludzi, mówiąc im, że dobrze wyglądają czy że zachwycił ich kolor włosów. Chodzi o to, że dużo łatwiej wychodzi nam krytykowanie innych niż mówienie im w czym są naprawdę dobrzy. Łatwiej kogoś obrazić niż pochwalić. To dosyć makabryczne, ale mam wrażenie, że krytykując innych sami czujemy się mniej nieidealni. Tak, jakby to coś zmieniało.
Czy to zbyt dziwne, jak na was? Wiem, że moje wytłumaczenie jest dość chaotyczne i zapewne nieskładne, ale ogólny zarys chyba jakoś przejdzie.
Skupiając się teraz na mnie, bo od samego początku taki był cel tego postu - moje kompleksy nie dają mi spokoju już od wielu lat i pewnie do śmierci będę z nimi walczyć (chyba, że ktoś jest chętny, by sfinansować mi operację plastyczną - to tylko kilka tysięcy). Ale stałam się mistrzem w robieniu uników - widzicie? Wciąż nie powiedziałam wam, z czym mam problem, a napisałam naprawdę długi post. Chodzi o to, że wcale nie jest łatwe mówienie o tym, czego w sobie nie lubimy, choć z natury uwielbiamy narzekać. Łatwiej jest to ignorować, ale mój kompleks naprawdę trudno ignorować. Kojarzycie taką bajkę Disneya "DUMBO"? Ten słonik miał naprawdę przerąbane. Jego wielkie uszy były sporym problemem, przez które wylał morze łez. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jest to jedyna bajka Disneya, której szczerze nienawidzę i już tłumaczę wam dlaczego,
Koniec z unikami.
W podstawówce przezywano mnie Dumbo z powodu moich uszu - są odstające. O ile nie przeszkadza mi to, gdy zaszywam się w domu albo otacza mnie rodzina, tak poza domem nie ujrzycie mnie w związanych włosach - a przynajmniej nie w związanych, które odsłaniają uszy. Stałam się mistrzem w modyfikowaniu fryzur tak, by zawsze ukrywały mój problem, ale faktem jest, że od piątej klasy nie związałam włosów publicznie, a minęło już...ze 12 lat? Jakoś tak.
Więc to nie jest jakaś fanaberia czy błahostka. Ta jedna rzecz rządzi moim życiem i znacznie wpływa na samoocenę.
Ale przynajmniej mogę nosić kapelusze! Hej w każdej tragedii trzeba odnajdywać coś pozytywnego. Złe rzeczy dzieją się z jakiegoś powodu.
A Wy? Jakie macie kompleksy? Jak sobie z nimi radzicie? A może z jakiś się wyleczyliście?
Piszcie koniecznie. Jestem niesamowicie ciekawa.
I obiecuję, że nigdy więcej nie będzie tak gigantycznej przerwy w pisaniu. Po prostu musiałam sobie poukładać parę spraw w głowie.
Buziaczki
Wasza Wiki x

CONVERSATION