Hej kochani!
Ostatnio w moim życiu dzieje się tak wiele, że blog zaczęłam traktować, jak miejsce wolne od dramatów codzienności. Stąd po raz kolejny na moim blogu coś związanego z urodą.
Pokaże wam kilka kosmetyków, które z głębi serca mogę wam polecić, bo są warte tego, by w nie zainwestować.
Sama je przetestowałam i osoby, którym je poleciłam też nie narzekały, więc może i wy na tym skorzystacie. Musicie wiedzieć, że jestem wielką fanką testowania absolutnie wszystkiego i pewnie kiedyś pojawi się na moim blogu post także o tym, ale póki co zapraszam was do przejrzenia tego, co mam wam do zaproponowania.
Pierwszy na liście rzeczy do polecenia jest pudej z Rimmela - stay matte. Ogólnie nie byłam nigdy przekonana do tych wszystkich cudnych pudrów, które obiecują matową cerę na długo. Na ogół to długo trwało zbyt krótko. A ten puder kupiłam tylko dlatego, że był na promocji. Nie oceniajcie, kto by się nie skusił na puder za pół ceny? Nie uwierzycie, jakie było moje zdziwienie, gdy się okazało, że on działa. Opakowanie zapewnia, że matowa cera będzie z nami około 6 godzin i w rzeczywistości tak się dzieje. Kto by pomyślał, prawda? Puder, który nie kłamie. Pierwszy raz mnie coś takiego spotkało, ale, jak każdy, lubię takie miłe niespodzianki, dlatego wszystkim, którzy się zastanawiają, czy warto go kupić polecam. Jest wart nawet ceny bez przeceny. Serio.
Kolejny na liście jest tusz do rzęs z Maybeline, który na pewno każdy z wa kojarzy, bo ostatnio przeżywa swoją drugą młodość i bez przerwy reklamują go w telewizji. Ja kupiłam go z innego powodu. Obserwuję na YT Zoelle (może niektórzy znają, bardzo sympatyczna vlogerka z UK) i to ona przekonała mnie do tego, że tusz jest wart swojej ceny. Rzęsy po nim wyglądają niesamowicie i jest naprawdę wydajny. Ja swojego używam codziennie i spokojnie starcza mi na 2-3 miesiące, więc myślę, że warto wydać na niego te pieniądze i móc cieszyć się pięknymi rzęsami.
Przyszedł czas na podkład, który absolutnie chwycił mnie za serce, choć jego cena zdecydowanie chwyciła za portfel, ale kto biednemu zabroni. Długo zastanawiałam się nad tym, czy warto wydawać tyle pieniędzy na podkład. W końcu w cenie tego mogłabym mieć dwa inne. Nawet nie wiem ile zajęło mi podjęcie decyzji, ale powiem wam, że nie była łatwa (pomine fakt, że jakieś dwa tygodnie po tym, jak go kupiłam został przeceniony). Jeśli idzie o matowe podkłady nigdy im za bardzo nie ufałam. Nie mam z nimi zbyt dobrych wspomnień - te, które testowałam na ogół strasznie się rolowały i nałożenie ich graniczyło z cudem, ale postanowiłam zaufać firmie. W końcu tylu ludzi nie mogło się mylić. I okazało się, że mieli rację. Pierwszy raz trafiłam na matowy podkład, który bez problemu się nakłada i pozostaje matowy. Co prawda mam najjaśniejszy odcień, który i tak jest dla mnie za ciemny (wspominałam kiedyś, że nienawidzę odcieniu swojej skóry?), ale gdy zmieszam go z podkładem kryjącym od Pierra Rene tworzą duet idealny. Więc z ręką na sercu polecam wam ten podkład. Może uda wam się trafić na promocję.
I powracamy do Rimmela. Wybaczcie, że tak skaczę po markach, ale dodawanie zdjęć na blogu nie jest moim ulubionym zajęciem i na ogół zajmuje mi sporo czasu ustawienie ich tak, jak bym chciała, więc wolałam nie kombinować i opisywać kosmetyki tak, jak się dodały. Wracając do tematu - jestem absolutnie zakochana w tym korektorze z Rimmela. Mam już z tej serii podkład (o dziwo jeden z nielicznych, który ma wystarczająco jasny odcień, bym nie musiała go z niczym mieszać) i byłam zadowolona, więc uznałam, że dam szansę i korekorowi (wspominałam, że był na promocji?). Jest naprawdę dobry i ukrywa nawet moje cienie pod oczami, a uwierzcie w te gorsze dni, które ostatnio spotykają mnie cały czas, są naprawdę koszmarne. I on sobie z nimi radzi. Cud! Więc jeśli szukacie dobrego korektora, to ogłaszam, że oto on.
Ostatnio uznałam, że płacenie kosmetyczce za tortury nad brwiami średnio mnie bawi i postanowiłam sama zadbać o swój busz. Nie jest lekko i czasem łezka zakręci się w oku, ale przynajmniej mam je pod kontrolą cały czas i na bieżąco pozbywam się niechcianych włosków. Taki ból na rata brzmi zdecydowanie lepiej. A cienie są naprawdę cudne i idealnie podkreślają brwi. Cena nie była specjalnie wygórowana, a do tej firmy mam zaufanie. Więc jeśli szukacie jakiegoś zestawu tortur, to mogę polecić wam ten z Wibo. Posiadają dwa warianty kolorystyczne, więc każdy będzie w stanie dopasować coś dla siebie.
I znowu Wibo, ale tym razem zestaw do konturowania twarzy. Pewnie już to wiecie, ale zielony kolor służy do ukrywania zaczerwienień, a różowy świetnie sobie radzi z cieniami pod oczami, które potem można ładnie rozświetlić jasnym kolorem, a policzki zarysować ciemnym. Niesamowita zabawa. Naprawdę. Poza tym to fajna opcja dla tych, którym wiele nie potrzeba do szczęścia (jak mnie) lub dopiero zaczynąją swoją przygodę z konturowaniem twarzy (jak ja). Uznałam, że warto zacząć od czegoś małego, ale czekam na przesyłkę z całym zestawem do konturowania i wtedy zrobię dla was o tym post. Póki co musicie zadowolić się zestawem podręcznym, który naprawdę spełnia swoje zadanie.
Były tusze, podkłady, pudry i korektory, a teraz czas na królową makijażu - pomadkę. Ostatnio zakochałam się w matach (zauważyliście?) i jak z nieba spadła mi reklama pomadek od Maybeline. Na początku sądziłam, że to pic na wodę. Już raz obiecywano mi matowe wykończenie, a skończyło się, jak zawsze. Dlaczego więc zaryzykowałam i kupiłam tą pomadkę? (a także dwa inne odcienie) Z tego samego powodu, dla którego w moim kuferku znajduje się tyle kosmetyków - promocja. Grzechem było jej nie wziąć i wiecie co? Znowu mile mnie zaskoczono, bo nie dosyć, że kolor jest naprawdę matowy to jeszcze nie wysusza ust. Czy to aby nie są czary? Myślę, że gdy znowu będę miała gorszy dzień i rodzina wkurzy mnie jeszcze bardziej niż teraz, to zrobię dla was post o pomadkach, które zachwyciły mnie swym kolorem, a uwierzcie trochę ich mam. Póki co zostawiam was z matem. Sami zdecydujcie, czy to dobry wariant dla was.
Najlepsze na koniec. Mowa tu o palecie cieni z Lovely. Jak widzicie w moim kuferku jest masa rozmaitości - od najtańszych do najdroższych. Ta paleta kusiła mnie już od jakiegoś czasu, ale dopiero niedawno zdecydowałam się na zakup jej (nie żebym potrzebowała jeszcze cieni, skoro mam olbrzymią paletę w łązience, no ale jej wszędzie nie zabiorę, a tą - tak). I po raz kolejny się nie zawiodłam. Cienie są naprawdę dobrze napigmentowane i długo utrzymują się na powiece, a u mnie to rzadkość. Poza tym są cudownie dobrane kolorystycznie i można tworzyć naprawdę wiele połączeń. Więc jeśli szukacie jakiejś uniwersalnej palety, która zmieści wam się do torebki to proponuję zainwestować w tą.
Koniecznie dajcie mi znać, czy testowałyście któryś z tych kosmetyków i jakie są wasze wrażenia. Jestem tego niesamowicie ciekawa. A póki co się z wami żegnam i do napisania.
Całuję
Wasza Wiki xx









CONVERSATION